Już nocą poprzedzającą mój wyjazd pojawiły się niepokojące informacje o paraliżu niektórych lotnisk w Polsce. Najpierw Modlin, potem Poznań i Warszawa. Myślałem, że może tak było mi pisane i nie pojadę... Wszak jeszcze dzień przedtem pogoda była prawie letnia, ślicznie i ciepło, a wieczorem taka kicha!
Jechaliśmy z moją żoną samochodem do Warszawy z Kazimierza Dolnego i wyglądało to nieciekawie. Jednak im bliżej stolicy tym bardziej się przejaśniało. Okęcie nadrabiało zaległości w „wypuszczaniu” samolotów, ale nasze opóźnienie w locie do Stambułu to tylko skromne 15 minut. Po wylądowaniu trzymali nas w środku samolotu około 30 minut – strasznie nie lubię takich sytuacji, wyłazi ze mnie jakaś ukryta na co dzień klaustrofobiaJ.
Po przylocie straszne kolejki na lotnisku: do wizy, do odprawy etc. Doszedłem przejściem podziemnym do metra, przysiadłem gdzieś z boku, sprawdziłem wydruk rezerwacji w hostelu i.... okazało się że nie ma tam adresu! Na szczęście pamiętałem w jakiej części miasta znajduje się rzeczona „norka” i pojechałem metrem, a potem tramwajem „na czuja”. Jak się później okazało pomyliłem się tylko o jeden przystanek. Póki co przysiadłem w kawiarni z sziszami gdzie było WI-FI i znalazłem hostel. Potem z moimi dwoma plecaczkami wróciłem tramwajem i zachwycony że z tego miejsca to tylko około 700 metrów – wyruszyłem. Jednak nie zdawałem sobie sprawy z różnicy wzniesień. Kiedy zdychałem już jak pies i w dodatku nie bardzo wiedziałem czy dobrze idę (oznaczenia ulic i numerów są tutaj fatalne, pod tym względem nie ma to jak Budapeszt!) – zapaliłem papierosa, odwróciłem się w prawo i...zobaczyłem drzwi do World House Hostel! Cud? A może po prostu mam układy z opatrznością. Obsługa bardzo miła, duża jadalnia i coś w rodzaju kawiarni (z pewnością pomieszczą się wszyscy zakwaterowani. Minusem są bandy niemieckiej młodzieży w wieku licealnym (na szczęście z opiekunami), zadowolonej z siebie wyjątkowo i krzykliwej wyjątkowo również. Nie przesadzajmy jednak – daje się to przeżyć.
Zdecydowałem się na ostre cięcie kosztów – dorm 14 osobowy za 39 PLN/dziennie ze śniadaniem. Jest mało intymnie, ale daje się wytrzymać. Przypuszczam (bo nie słyszałem sam), że wziąłem odwet na części niemieckiej młodzieży swoim chrapaniem. Wieczorkiem poznałem poznałem bardzo sympatycznego Uraińca , mówiącego po polsku i posiedzieliśmy z naszym recepcjonistą godzinkę przy piwie „Efes Pilsen”. Dłużej się nie dało – padałem z nóg, szybka kąpiel i zabrałem się do chrapania.
Jajeczko na twardo, grzanka, a jak ma się kawa i duża cola bez cukru z lodem? ( myślę, że sobie z tym radzisz). Z SIM kartami jednak nie tylko w Indiach nie jest naj. Kibicuj za wszystkich nas. Hordy młodych Niemców to chyba nic w porównaniu z Izraelitami na Goa.Strasznie drą japy!!
OdpowiedzUsuń